Rozmowa — 12
„Nie projektuję wnętrz.
Projektuję sceny z życia.”
Mówią, że projektuję wnętrza. Ale kiedy siadam z nowym klientem, nigdy nie zaczynam od pytania o styl, kolory czy ulubione meble. Zaczynam od pytania: jak wygląda Twój poranek? Co robisz, kiedy wracasz do domu? Gdzie siadasz, kiedy chcesz być sam? Bo to, co naprawdę projektuję, to nie przestrzeń — to scenografia codzienności.
Rozmowa, nie moodboard
Nie wierzę w moodboardy na pierwszym spotkaniu. Wierzę w rozmowę — długą, szczerą, czasem niewygodną. Bo żeby zaprojektować dom, który naprawdę pasuje, muszę zrozumieć nie tylko gust, ale charakter. Rytm dnia. Relacje w rodzinie. To, czy ktoś lubi gotować w towarzystwie, czy w ciszy. Czy czyta wieczorami, czy ogląda filmy. Czy dom to azyl, czy scena.
Zdarza się, że klienci przychodzą z folderem pełnym inspiracji z Pinteresta. I to jest w porządku — ale te obrazki mówią mi więcej o tym, co widzieli, niż o tym, czego potrzebują. Moim zadaniem jest przejść od estetyki do prawdy. Od „podoba mi się" do „to pasuje do mojego życia".
Każdy projekt jest inny — i to jest najpiękniejsze
Nie mam jednego stylu. Nie chcę mieć jednego stylu. Projektanci, którzy powielają tę samą formułę, tak naprawdę nie projektują — replikują. Każdy człowiek jest inny, każda rodzina ma swoją dynamikę, każde mieszkanie ma swoją historię. I to właśnie ta niepowtarzalność jest dla mnie punktem wyjścia.
Był projekt, w którym centralnym elementem stała się kuchnia — bo klientka była kucharką z pasji i cały dom krążył wokół wspólnych posiłków. Był inny, w którym najważniejsze okazało się światło — bo klient malował wieczorami i potrzebował przestrzeni, która oddycha. Te różnice to nie problem. To serce dobrego projektu.
„Klienci nie oczekują, że będę pytać o ich dzieciństwo. Ale to właśnie tam często kryje się odpowiedź na pytanie, czym jest dla nich dom."
Emocje w projekcie
Projektowanie wnętrz to zawód emocjonalny — choć rzadko się o tym mówi. Wchodzę w czyjeś życie, w codzienność, w intymność. Widzę, jak ludzie mieszkają naprawdę, nie jak chcą się pokazać. I to jest odpowiedzialność, której nie wolno mi zlekceważyć.
Są momenty, kiedy klient widzi gotowe wnętrze po raz pierwszy i milknie. Nie z rozczarowania — z poruszenia. Bo to, co widzi, to nie pokój z katalogu. To jego pokój. Z jego historią, jego potrzebami, jego oddechem. I to jest moment, dla którego robię to, co robię. Nie dla oklasków. Dla tej ciszy.
Często mówi się, że projektant powinien zostawić swoje ego za drzwiami. Zgadzam się — ale dodam coś: powinien wnieść za to swoją wrażliwość. Bo piękne wnętrze to nie kwestia mebli. To kwestia uważności. Uważności na to, jak ktoś żyje — i jak chciałby żyć.
Projektuję sceny z życia. Poranny rytuał parzenia kawy w kuchni zalanej światłem. Wieczorną lekturę w fotelu, który objmuje. Kolację przy stole, który pamięta sto rozmów. To nie są metafory — to dosłowne cele każdego mojego projektu. Bo dom nie jest obiektem. Dom jest doświadczeniem.