Trendy — 06
Japandi umarło.
Co dalej?
Przez ostatnie kilka lat japandi było wszędzie. Na Pintereście, w katalogach IKEA, na okładkach magazynów wnętrzarskich. Jasne drewno, matowe powierzchnie, wabi-sabi podane na talerzu z kamionki. Było pięknie. Było bezpiecznie. I właśnie dlatego się skończyło.
Nie mówię tego z satysfakcją. Wiele projektów w estetyce japandi było naprawdę dobrych -- przemyślanych, spokojnych, szanujących materiał. Problem polegał na tym, że z filozofii życia zrobiono trend do powielenia. A trendy mają to do siebie, że umierają. Zawsze. Bez wyjątku. Japandi w wydaniu z Pinteresta nie miało nic wspólnego z japońską estetyką oszczędności ani ze skandynawskim szacunkiem do światła. Było filtrem na Instagram, nie sposobem na życie.
Widziałam to wielokrotnie u klientów, którzy przychodzili z moodboardami pełnymi beżu i rattanu, a potem w trakcie rozmowy okazywało się, że tak naprawdę kochają kolory, tkaniny z wzorem i meble z historią. Ale bali się. Bo internet powiedział, że mniej znaczy więcej. I że jeśli twoja łazienka nie wygląda jak w japońskim ryokanie, to znaczy, że robisz coś źle.
Maksymalizm wraca, ale inaczej
To, co obserwuję teraz, nie jest powrotem do chaosu lat 80. Nowy maksymalizm to nie złocone lustro nad kominkiem i trzy wzory tapety w jednym pokoju. To raczej odwaga -- odwaga, żeby mieć w domu rzeczy, które coś znaczą. Poduszkę przywiezioną z Maroka. Obraz kupiony od nieznajomego artysty na jarmarku. Fotel po babci, który nie pasuje do niczego, ale jest najwygodniejszy na świecie.
Maksymalizm w 2025 roku to nie kwestia ilości rzeczy. To kwestia obecności. Każdy obiekt w domu powinien mieć powód, żeby tam być -- nie dlatego, że pasuje do palety kolorów, ale dlatego, że niesie ze sobą historię. Wnętrze, które żyje, to wnętrze, w którym widać ślady życia.
Trend to obietnica, że jeśli kupisz odpowiednie rzeczy, będziesz żyć odpowiednim życiem. To kłamstwo. Dobre wnętrze rodzi się z poznania siebie, nie z przeglądania katalogów.
Dlaczego gonienie trendów zawsze jest przegraną
Cykl trendów we wnętrzarstwie skrócił się dramatycznie. Kiedyś styl utrzymywał się dekadę, potem pięć lat, teraz trzy. Social media sprawiły, że to, co dzisiaj jest świeże, za osiemnaście miesięcy wygląda jak wczorajsza gazeta. Jeśli urządzasz dom pod aktualny trend, w momencie gdy skończysz remont, trend już odchodzi. Zostajesz z wnętrzem, które zamiast cieszyć, przypomina o tym, jak szybko zmieniają się gusta.
Moi klienci, którzy są najbardziej zadowoleni ze swoich domów po latach, to ci, którzy odważyli się zignorować trendy. Wybrali materiały, które lubią dotykać. Kolory, które ich uspokajają albo pobudzają -- zależnie od pokoju. Meble, na których wygodnie im się siedzi, a nie takie, które wyglądają dobrze na zdjęciu. To nie jest filozofia -- to pragmatyzm.
Zawsze mówię swoim klientom: wyobraź sobie swoje wnętrze za dziesięć lat. Czy nadal będziesz się w nim dobrze czuć? Jeśli odpowiedź brzmi "nie wiem, bo nie wiem, co będzie modne" -- to znaczy, że projektujesz dla kogoś innego. Dla algorytmu. Dla opinii. Nie dla siebie.
Styl osobisty jako jedyny trend, który przetrwa
Najbardziej inspirujące wnętrza, jakie widziałam w życiu, nie miały nazwy. Nie dało się ich przypisać do żadnego stylu z katalogu. Były po prostu czyjeś -- głęboko, autentycznie czyjeś. Dom, w którym na ścianie wisi mapa morska obok abstrakcyjnego obrazu, a na parapecie stoi kolekcja ceramiki zbierana przez dwadzieścia lat. To nie eklektyzm z designerskiego bloga. To życie, które osiadło na ścianach.
Po japandi nie przyjdzie kolejny "-i" ani "-core". A przynajmniej nie powinien. To, co powinno przyjść, to cisza. Moment refleksji. Chwila, w której zamiast pytać "co jest teraz modne?", zapytamy "co ja naprawdę lubię?". I od tego pytania zaczniemy projektować. Wtedy żaden trend nie będzie nam potrzebny. Bo dom nie będzie wymagał aktualizacji co sezon jak garderoba. Będzie po prostu nasz.